Ja może nie miałam takich okropności jak opisujecie, ale na początku ciąży spotkałam dwóch beznadziejnych ginekologów przez co się uprzedziłam do męskich gin...
Pierwszy był jeszcze jak postanowiliśmy postarać się o maluszka... poszłam na wizytę i mówię, że chcemy z mężem mieć dziecko i czy powinnam do tego jakoś przygotować organizm itp. a on na mnie i zaczyna się śmiać...no to ja nie wiedziałam co mam robić

ale pytam czy powinnam jakieś badania zrobić, czy coś brać(kw.foliowy) a on do mnie: to trzeba działać :/ a jak pani już będzie w ciąży to się pani zgłosi

no poczułam się jak debilka...ja tu chciałam odpowiedzialnie podejść do sprawy a on mi tak...Zapytałam czy brać ten kwas fol. i powiedział, że mogę brać i tyle...
Po 3 cyklach się udało, więc poszłam znowu do poradni, ale akurat był inny lekarz...wchodzę i mówię, że zrobiłam test, wyszedł pozytywny i chciałam potwierdzić ciążę...a on mnie na fotel i mówi, że on nic tu nie widzi...i wypisał skierowanie na usg do szpitala...wszystko z taką zniesmaczoną miną...to się pytam kiedy iść, czy od razu czy poczekać jeszcze z tydz. czy dwa a on, że co ja myślę sobie, że mnie od razu przyjmą?! kolejki są i pewnie ok 3 tyg. poczekam...ale dupek...
Nie wiem czy to ich podejście do pacjentki to miało coś wspólnego z tym, że to były wizyty na kasę chorych czy po prostu tacy są...
Po kilku dniach poszłam do kobiety gin prywatnie i było widać pęcherzyk i wszystko mi normalnie wytłumaczyła...