Teraz jesteśmy szczęśliwą rodzinką, która, wydaje się nie pamiętać, co zdarzyło się w przeszłości ale tak naprawdę każdy z nas, ma świadomość, że mój poród był zagrożeniem życia dla mnie i naszego Szymonka. Od początku marzyliśmy o chłopcu. Dzień, w którym usg pokazało dowód, że chłopiec w drodze, był dniem ogromnej radości dla całej rodziny B. Czekaliśmy z niecierpliwością na skurcze. Poród miał odbyć się drogami natury pomimo ciśnienia nadtętniczego. W nocy z 2/3 marca zaczęło się. Brzuch bolał a ja spokojna i opanowana wstałam aby poinformować wszystkich, że ja chyba już rodzę

Nikt mi do końca nie chciał wierzyć ze względu na moją uradowaną minę. Postanowiłam poczekać na dalszy rozwój akcji w łóżku. Położyłam się... a tu jak gdyby coś we mnie pękło i wylewało się niczym strumień gorącej wody. To nie były wody! to był krwotok! Zemdlałam ze strachu na widok krwi a mój obecny mąż wzywał w tym czasie karetkę. Nie czułam ruchów dziecka, a brzuch był twardy jak kamień. Dobrze że mieszkamy rzut beretem od szpitala, bo tutaj liczyły się minuty. Nikt nie był świadomy dlaczego tak się stało i jak trzeba się zachować w takiej sytuacji dopiero nasz lekarz prowadzący przyjechał by zrobić mi cesarkę i uświadomił nas że odkleiło się łożysko i jeśli przyjechałabym ciut później dziecko mogłoby się udusić i dla mnie skończyło by się to tragicznie. Cewnik, panika, ktg, strach w oczach. Mąż trzyma mnie za ręke... nie pomaga! Anestezjolog gdzieś brzęczy że znieczuli ogólnie, intubacja, światła na sali. Spojrzałam w prawo... już myją ręce do zabiegu, parawan na brzuch i maska na twarz! KONIEC!
już nic nie pamiętam... śniłam o nim i tylko o nim, o moim kochanym maleńkim Szymonku. Wreszcie czy to sen czy jawa? Ma pani synka zdrowego ślicznego, proszę oddychać!
I już po! Zobaczyłam go dopiero po godzinie, nie mogłam go przytulić bo leżałam jak deska nieruchomo, był taki maleńki. Mimo tego zamieszania dostał 10 punktów w skali Apgar. Był już z nami na świecie, a ja uratowana...